Aktualna lokalizacja:Strona główna»Historia»Ciało

Zabójcza historia „Friendly fire”. Rekord w zabijaniu swoich ludzi dzierży Luftwaffe

Tymoteusz Pawłowski

Szacuje się, że „friendly fire” (przyjacielski ogień) odpowiada za 5–20 proc. strat poniesionych na polu walki. Być może nawet więcej – podczas I wojny światowej w Zatoce Perskiej w 1991 r. z rąk obrońców zginęło 190 żołnierzy koalicji. Od własnej kuli poległo zaś 44 żołnierzy. Najwięcej ofiar przyniosły jednak różnego rodzaju wypadki – zginęło w nich 248 żołnierzy. Wojna to niebezpieczne zajęcie.

Granaty pod Kałuszynem

11 września 1939 r. 1. Dywizja Piechoty Legionów – elitarna formacja Wojska Polskiego – maszerowała przez wschodnie Mazowsze, próbując wyjść z niemieckiego okrążenia. Drogę odwrotu zamykał niemiecki 44. Pułk Piechoty Wehrmachtu, obsadzający miasto Kałuszyn oraz górujące nad okolicą wzgórza. Dowódca dywizji gen. Wincenty Kowalski rozkazał 6. Pułkowi Piechoty zdobyć miasto w nocnym boju. Oficerowie fachowo zaplanowali akcję: oddziały uderzeniowe miały silne wsparcie artylerii, wydane rozkazy były bardzo precyzyjne, szeregowi żołnierze znali wagę nadchodzącej bitwy. Walka o miasto rozpoczęła się już po północy, po potężnym przygotowaniu artyleryjskim do szturmu poszła piechota i – jako że karabiny niezbyt nadawały się do walki wśród gęstej zabudowy – bagnetami oraz granatami wprasowały w ziemię broniący się w mieście niemiecki pułk.

Bitwa o Kałuszyn wymieniona jest w inskrypcjach na Grobie Nieznanego Żołnierza – słusznie, był to bowiem nie tylko bój zwycięski, ale bardzo profesjonalnie zaplanowany. Polacy starali się osiągnąć sukces, jak tylko mogli. Starali się nawet za bardzo: z 645 budynków Kałuszyna po bitwie ostało się jedynie 62, tak skuteczny był ogień polskiej artylerii. Niemcy zostali rozbici, ale kosztem bardzo wysokich polskich strat. Poległych nie było wielu, bardzo wysoka była jednak liczba rannych. Ponieważ granaty zaczepne są znacznie słabsze od obronnych, nasi żołnierze postanowili użyć tych ostatnich, szturmując Kałuszyn. Odłamki granatów obronnych są jednak niebezpieczne nawet kilkadziesiąt metrów od miejsca wybuchu i większość polskich żołnierzy została wyeliminowana przez swoich kolegów (lub nawet przez samych siebie)...

Podobne sytuacje zdarzały się Wojsku Polskiemu we wrześniu 1939 r. dość często: na każdym niemal odcinku frontu – nie tylko na ziemi, ale także w powietrzu. Szczególnie wysoką skuteczność miała polska obrona przeciwlotnicza – strzelała ona do wszystkich samolotów, jakie były w jej zasięgu. I zestrzeliła ich naprawdę dużo, niemal połowę zniszczonych samolotów stanowiły jednak maszyny z biało-czerwonymi szachownicami na skrzydłach. Można domniemywać, że w niszczeniu polskich maszyn polska obrona przeciwlotnicza była skuteczniejsza niż niemiecka Luftwaffe.

W dalszych latach II wojny światowej niechlubna tradycja strzelania do swoich była przez Polaków kontynuowana. Nie ograniczaliśmy się zresztą jedynie do własnej nacji: 20 czerwca 1940 r. okręt podwodny ORP „Wilk” staranował wraży okręt podwodny. Po wojnie – i zbadaniu tajnych do tamtej pory dokumentów – okazało się jednak, że żaden niemiecki U-Boot nie pływał po tym akwenie, ale zatonął tutaj... okręt podwodny O-13, pływający pod sojuszniczą banderą holenderską.

Ogień bratobójczy

Tego rodzaju nieszczęścia zdarzają się na wojnie od dawien dawna. Wspomina o nich zarówno Biblia, jak i Tukidydes. Śledząc historię, znajdziemy takich wypadków bardzo wiele: z reguły są one bardzo dokładnie studiowane, a wyniki badań są ogłaszane chociażby po to, żeby uniknąć podobnych przygód w przyszłości. Tak jest przynajmniej w kręgu kultury europejskiej, natomiast Rosjanie i Japończycy – nacje, które zapisały się w dziejach militarnych świata – danych takich nie udostępniają. Wywodzi się to ze specyficznej kultury kancelaryjnej.

W Kraju Kwitnącej Wiśni zwyczaj ten nosi nazwę „łatemae” i polega na tym, że w oficjalnych dokumentach zapisuje się tylko wersję zaakceptowaną przez władze, nierzucającą złego światła na Japończyków. W kraju zaś leżącym pomiędzy Nipponem a Polską przez wiele lat jakiekolwiek wątpliwości mogły być potraktowane jako krytyka ustroju oraz państwa i karane wieloletnim więzieniem, a nawet śmiercią.

W Rzeczypospolitej przez wiele lat było podobnie. Do 1918 r. nie wypadało krytykować walczących o wolność, po 1918 r. Wojsko Polskie cieszyło się estymą i społeczeństwo było zeń zbyt dumne, aby je krytykować. W czasach zaś Polski Ludowej obowiązywały podobne zwyczaje co u Sowietów – ujawnianie słabości było niemile widziane. Dopiero w ostatnich latach bardzo modne stało się krytykowanie – w prawdziwie internacjonalistycznym duchu – polskich zmagań o suwerenność, a co za tym idzie znajdowanie wszelkich możliwych uchybień w funkcjonowaniu polskich sił zbrojnych.

Powstanie nowej mody spowodowało pewien niedosyt leksykograficzny. Nie było odpowiedniej terminologii, aby dyskutować na temat problemu. W państwach NATO oficjalnie używano zwrotu „blue on blue”, czyli „niebieski na niebieskiego” (na mapach wojskowych własne oddziały są bowiem oznaczane właśnie tym kolorem). Termin ten nie przyjął się w Polsce, zamiast niego zaczęto używać zwrotu „friendly fire” oraz jego literalnego tłumaczenia „przyjacielski ogień”. Ten oksymoron nie jest najszczęśliwszym wyborem, a wątpliwości mają co do niego także Anglicy i Amerykanie, którzy próbują tworzyć skomplikowane i poprawne politycznie neologizmy. W języku polskim chyba najlepiej zdecydować się na sformułowanie „ogień bratobójczy”, chociażby z tego powodu, że przyjaciół – w przeciwieństwie do rodziny – można wybrać.


Prosto we wrota piekieł. Brytyjscy komandosi kontra „bestia Hitlera”

Nazewnictwo jest – wbrew pozorom – sprawą dość istotną, pozwala bowiem na opisanie zjawiska, zdiagnozowanie go i utrzymanie wiary, że w przyszłości da się go uniknąć. Ogień bratobójczy jest najszerszą kategorią, która obejmuje straty zadane własnym wojskom zarówno przypadkowo, jak i celowo. Dla przykładu eliminowanie oficerów i podoficerów nielubianych przez swoich podwładnych jest zagadnieniem, którym współcześnie zajmują się psychologia i psychiatria, ale nie nauki wojskowe. One bowiem problem „odstrzeliwania” własnych sierżantów rozwiązały już na początku XIX w. – w momencie odejścia na wojnę oficerowie i podoficerowie, którzy szkolą rekrutów, przekazują ich innym dowódcom, na których zgnębieni podczas szkolenia rekruckiego żołnierze nie mają powodów się mścić.

Z kolei kwestii obrażeń odniesionych od odłamków własnych pocisków wystrzelonych w nieprzyjaciela wojskowi naukowcy poświęcają bardzo dużo uwagi. Opracowano specjalne wzory i procedury, które mają zmniejszyć ryzyko. Oblicza się teoretyczną strefę rażenia odłamków i rykoszetów, zależną od czasu ich obecności w powietrzu, oraz odległość, którą mogą przebyć „odłamki liderujące”. W zależności od nich określa się bezpieczny dystans do celu, jaki należy utrzymać. Nie zawsze się go przestrzega – czy to z powodu nadmiernego zaangażowania w walkę, czy też z chęci zajęcia najlepszej pozycji strzeleckiej.

Nawet zachowanie środków bezpieczeństwa nie gwarantuje przeżycia. Pilot 317. Dywizjonu Myśliwskiego, por. Leszek Szczebrzyński, zaatakował 4 maja 1945 r. mały, niemiecki statek. Bardzo skutecznie ostrzelał go z działek i karabinów maszynowych – statek przewoził amunicję i niespodziewanie eksplodował. Samolot runął do morza, a pilot zginął.

O ile w walkach powietrznych podobne zdarzenia są jednostkowe i wyjątkowe, o tyle w walce na lądzie stanowią one regułę. Szczególnie groźna jest artyleria, to ona zabiła większość poległych w wojnach XX w. żołnierzy. Nie tylko przeciwnika, ale także swoich. W Paryżu oszacowano, że w czasie I wojny światowej francuska artyleria odpowiada za śmierć co najmniej 75 tys. francuskich żołnierzy. Nie ma podstaw, żeby wierzyć, iż artyleria innych armii – niemieckiej, brytyjskiej, amerykańskiej czy rosyjskiej – nie popełniała podobnych błędów. Liczba ofiar ognia własnych dział sięga setek tysięcy! Nie wynika to bynajmniej z niechlujstwa artylerzystów, ale z chęci jak najlepszego wykonania obowiązku – jak najskuteczniejszego wsparcia własnych oddziałów. Oczywiście są zapisy w regulaminach, że piechota powinna być w odległości kilkuset (!) metrów od ostrzeliwanego celu, ale nie zawsze są one przestrzegane. Najprawdopodobniej bardzo wielu spośród ćwierci miliona sowieckich żołnierzy poległych podczas zdobywania Berlina w 1945 r. zostało zabitych przez własną artylerię – tak bardzo spieszyło się Armii Czerwonej, żeby zdobyć Berlin przed Amerykanami i Brytyjczykami.

Pod nieszczęśliwą gwiazdą

Truizmem jest twierdzenie, że wojna polega na zadaniu przeciwnikowi jak największych strat. Mniej myśli się o tym, że narzędzia zniszczenia są równie niebezpieczne dla każdej ze stron. Rzadko kto natomiast zwraca uwagę na to, że broń produkuje się tak, żeby była ona jak najbardziej bezpieczna. Specjalnie komplikuje się jej budowę, montuje się w niej specjalne bezpieczniki – i to z reguły nie jeden... Żołnierze ją obsługujący nie zawsze mają doświadczenie potrzebne do tego, żeby z niej korzystać, a w ogniu walki często o wyuczonych umiejętnościach zapominają. Dlatego tak istotna są musztra formalna, która wpaja mechaniczne ruchy i przyzwyczajenia, oraz wszelkie procedury bezpieczeństwa dotyczące otwarcia ognia. Podstawowa zasada brzmi: „Jeśli strzelasz, upewnij się, że celem jest wróg”.

Przed wiekami walki toczyły się na małych dystansach i były mniej dynamiczne niż dzisiaj, więc otwarcie ognia bratobójczego było nie tylko rzadsze, ale i mniej zabójcze niż współcześnie. Nie znaczy to jednak, że się nie zdarzało. W bitwie pod Wagram dwa saskie regimenty zostały zdziesiątkowane przez swoich francuskich sojuszników, a pod Waterloo artyleria pruska wdała się w pojedynek ogniowy z artylerią brytyjską. Także książę Józef Poniatowski poniósł śmierć z ręki własnych oddziałów: gdy przeprawiał się przez Elsterę, jego eskorta – ubrana we „wschodnie” mundury, kojarzące się z rosyjskimi kozakami – została ostrzelana przez Francuzów. Do pomyłkowego zabicia naszego księcia – i marszałka Francji – przyznano się dopiero w XXI w.

Tego rodzaju śmierć zdarza się i dziś. Tak zabity został – w 1948 r. – Mickey Marcus, pierwszy generał państwa Izrael. Został zastrzelony przez wartownika własnej kwatery, gdy nie był w stanie podać właściwego hasła. Zarówno wartownik, jak i generał przybyli do młodego państwa z różnych stron świata i – całkiem dosłownie – nie mieli wspólnego języka. Dlatego tak ważna jest uniformizacja armii: te same kolory mundurów, te same kształty hełmów, a nawet te same dźwięki wydawane przez broń. Po doświadczeniach z walk w dżungli Amerykanie zaprzestali produkcji doskonałych karabinów Lee, odgłos ich wystrzałów zbytnio przypominał bowiem strzały karabinów japońskich...

Konflikt z Japończykami przyniósł także symbol, który znają chyba wszyscy – białą gwiazdę oznaczającą amerykańskie samoloty. Przed II wojną światową oznaczeniem amerykańskich samolotów była gwiazda w kolorach narodowych: niebieskim, białym i czerwonym. Czerwone było koło wewnątrz gwiazdy. Podobnie oznaczono – czerwonym znakiem „wschodzącego słońca” – samoloty japońskie. Amerykańscy przeciwlotniczy strzelali zatem do wszystkiego, co błyskało czerwienią. Gwiazda na amerykańskich samolotach stała się więc całkiem biała.

Design kamuflażu

Współczesna wojna prowadzona jest na coraz większych dystansach, coraz bardziej intensywnie, z wykorzystaniem coraz potężniejszej broni. Identyfikacja wroga staje się coraz trudniejsza. Na bratobójczy ogień narażone są szczególnie samoloty. Jednym z najgłośniejszych wypadków jest śmierć słowackiego generała Milana Štefánika. W maju 1919 r. wracał na pokładzie włoskiego samolotu do Bratysławy i tam właśnie zginął: żołnierze armii czechosłowackiej uznali podobno zielono-biało-czerwone barwy włoskie za zielono-biało-czerwone kolory węgierskie. Jak przy każdej tajemniczej katastrofie lotniczej od razu pojawiły się wątpliwości – śmierć Štefánika, najwybitniejszego chyba polityka Słowacji, była bowiem na rękę Czechom.

Podobne wątpliwości dotyczyły śmierci marszałka Italo Balbo, który – 28 czerwca 1940 r. – miał nieszczęście przylecieć na dopiero co zbombardowane przez Brytyjczyków lotnisko. Włoscy żołnierze obrony przeciwlotniczej nie zestrzelili co prawda ani jednego samolotu wroga, udało im się jednak zabić Italo Balbo, którego wielu Włochów widziało jako konkurenta Benita Mussoliniego.

Z kolei Brytyjczycy podczas pierwszego nalotu na III Rzeszę zrzucili bomby na... neutralną Danię. Również „bitwa nad Barking Creek” – pierwszy w 1939 r. bój brytyjskiego lotnictwa myśliwskiego – zakończyła się stratą dwóch hurricane’ów. Zostały one zestrzelone przez spitfire’y z bratniego dywizjonu. Brytyjczycy jednak odrobili lekcje i gdy przygotowywali się do lądowania w Normandii, na skrzydłach wszystkich samolotów namalowali biało-czarne pasy, ułatwiające szybką identyfikację.


Najazd Hunów 1920. Zapomniane ludobójstwo

Dzisiaj natomiast wśród wojskowych designerów i dyktatorów kamuflażowej mody bardzo popularne jest malowanie na samolotach oznaczeń „mało widocznych”. Zamiast białej amerykańskiej gwiazdy maluje się ją farbą maskującą, nieco tylko różniącą się odcieniem od tej, która pokrywa kadłub i skrzydła. Trójkolorowe barwy na samolotach węgierskich zamieniły się w trzy odcienie szarości. Polacy – jak zwykle – odstają od swoich sojuszników. Nie mogą stosować oznaczeń mało widocznych, a lotnicza szachownica musi być biało-czerwona. Jej barwy są bowiem regulowane przez zapisy prawne, które trudno zmienić. Może to i lepiej – dziś walkę w powietrzu rozstrzyga się spoza zasięgu widoczności, a zidentyfikowanie przeciwnika powierza się sprzętowi radiowemu.

Sam w siebie

Już na początku II wojny światowej zastosowano sprzęt elektroniczny, który emitował sygnały radiowe pozwalające na rozpoznanie własnego samolotu. Określa się go akronimem IFF, czyli Identification Friend or Foe („rozpoznanie: przyjaciel czy wróg”). Urządzenie takie ujawnia jednak pozycję samolotu także wrogowi, więc musi być wyłączane podczas akcji bojowej. Dlatego też jeszcze ważniejsze są odpowiednie procedury: lot w wyznaczonym korytarzu powietrznym z niską prędkością (zakłada się bowiem, że samoloty przeciwnika będą latały jak najszybciej, żeby uniknąć zestrzelenia). Te metody nie zawsze się sprawdzają – w czasie pierwszej wojny w Zatoce Perskiej głośny był przypadek zestrzelenia brytyjskiego samolotu Tornado przez amerykańską baterię rakiet przeciwlotniczych (zresztą bateria ta kilka dni wcześniej została pomyłkowo ostrzelana przez własne samoloty).

Wypadki zestrzelenia własnych samolotów zdarzają się także w okresie pokoju. 19 sierpnia 2003 r., podczas ćwiczeń przeciwlotniczych na poligonie w Wicku Morskim, rakieta zestrzeliła polski bombowiec Su-22, zrzucający cele dla rakiet. Zawiodły wówczas i procedury, i sprzęt, na szczęście pilot zdołał się katapultować i po dwóch godzinach wyłowiono go z Bałtyku. Najdziwniejszym wydarzeniem było chyba jednak zestrzelenie samolotu przez samego siebie. W 1956 r. pilot oblatujący nowy amerykański myśliwiec F-11 Tiger wystrzelił serię z działek pokładowych, następnie przekroczył prędkość dźwięku i gwałtownie zanurkował. Kilkadziesiąt sekund później wyrównał lot i... został doścignięty przez własne kule. Samolot został uszkodzony, a pilot musiał ratować się skokiem ze spadochronem.

Nie wszystkie wypadki kończą się jednak szczęśliwie. 1 września 1987 r. nad Sachalinem został zestrzelony przez sowieckie myśliwce koreański jumbo jet. Żaden z 269 pasażerów nie przeżył wypadku. Zawinili zarówno koreańscy piloci, którzy obrali błędny kurs, jak i sowieckie dowództwo, które uznało, że należy zestrzelić samolot, gdyż wykonuje on misję rozpoznawczą. Piloci myśliwców byli zbyt zastraszeni, żeby – po zidentyfikowaniu samolotu pasażerskiego – powstrzymać się od wykonania zbrodniczego rozkazu zwierzchników. Wypadków takich – i podobnych – było w okresie powojennym przynajmniej kilkanaście.

Samobójcze operacje Kriegsmarine i Luftwaffe

Za jedną z najlepszych armii świata uchodzą niemieckie siły zbrojne. Niemcy wydają się być również najskuteczniejsi w niszczeniu własnych sił, a na szczególną uwagę zasługuje ich Marynarka Wojenna. Niemieckie okręty regularnie wpadają na własne pola minowe i to całymi eskadrami. Tak było zarówno w czasie I wojny światowej (gdy na Bałtyku zatonął dywizjon torpedowców), jak i w II wojnie światowej (gdy, niemal w tym samym miejscu, zatonął dywizjon stawiaczy min).

Gdy czyta się historię operacji „Wiking”, przeprowadzonej 2 lutego 1940 r., nawet wrogom może być żal Niemców. Dowództwo powierzyło 1. Flotylli Niszczycieli wielce odpowiedzialne zadanie zniszczenia brytyjskich kutrów rybackich łowiących na ławicy Dogger. Podczas nocnego rejsu okręt „Leberecht Maass” został zbombardowany przez samolot Luftwaffe. Trafienie bombą płynącego okrętu jest niezmiernie trudnym zadaniem, tym razem jednak się udało. Atak był bardzo skuteczny, a „Leberecht Maass” wyleciał w powietrze. Podążający z pomocą rozbitkom niszczyciel „Maks Schultz” wpadł na własną minę i zatonął wraz z całą – liczącą 330 marynarzy – załogą. Na pokładzie „Theodora Riedla” uznano, że wybuch spowodowała torpeda okrętu podwodnego i należy zrzucić bomby głębinowe. Wybuchły one przedwcześnie, uszkadzając śruby i maszynownię. Dowódca kolejnego okrętu – „Ericha Koellnera” – zdecydował się taranować domniemany wrogi okręt podwodny, okazało się jednak, że... staranował wrak „Leberechta Maassa”. Następnie rozkazał spuścić szalupę, aby ratować rozbitków, jednak manewrował tak nieudolnie, że zatopił ją wraz z całą załogą.

Swego rodzaju rekord pobiła też Luftwaffe. W dniach ofensywy w Ardenach postanowiono przeprowadzić olbrzymi, niespodziewany atak na alianckie lotniska. Nadano mu kryptonim Bodenplatte i przeprowadzono 1 stycznia 1945 r. Wzięło w nim udział blisko 900 samolotów z czarnymi krzyżami na skrzydłach. Operacja przeciw aliantom powiodła się – przynajmniej częściowo. Całkowicie zaskoczona była natomiast niemiecka obrona przeciwlotnicza, tak przyzwyczajona, że w powietrzu przebywają jedynie wrogie samoloty, że strzelała do wszystkich. Luftwaffe poniosła straty od własnego ognia zarówno w drodze nad cele, jak i w drodze powrotnej. Niemieckie straty wyniosły około 300 maszyn – jedną trzecią zestrzeliła ich własna obrona przeciwlotnicza. Były to największe jednostkowe straty poniesione z własnej ręki. Taki był wymiar taktyczny operacji Bodenplatte, strategicznie także był to „strzał w stopę” – Luftwaffe po swoim „zwycięstwie” do końca wojny nie zdołała już odzyskać zdolności bojowej.

Next Article
©2019 Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie&Polityka prywatności | Skontaktuj się z nami | Mapa strony