Aktualna lokalizacja:Strona główna»Historia»Ciało

Kolonie dla Polaków! Czy II RP miała na nie szanse?

MACIEJ ROSALAK: Odnosi się wrażenie, że w polskim dążeniu do posiadania kolonii splotły się w latach międzywojennych przynajmniej trzy podstawowe wątki: polityczno-mocarstwowy, ekonomiczny oraz... romantyczny. Zajmijmy się najpierw tym ostatnim. Czy marzenia o dalekich podróżach do egzotycznych krajów ożywiały wtedy wyobraźnię młodzieży?

PROF. ANDRZEJ CHOJNOWSKI: Przede wszystkim zakwestionowałbym twierdzenie, że dążyliśmy do posiadania kolonii – przynajmniej w sensie klasycznego kolonializmu. Jego rozkwit nastąpił w XIX stuleciu w wyniku kilku czynników. Europa przeżyła wtedy boom demograficzny. Podwoiła liczbę ludności, a jednocześnie była w stanie eksportować swoich obywateli na inne kontynenty. Wydawało się, że oto otwiera się droga dla tych Europejczyków, którzy we własnych krajach nie znajdują pola dla swojej aktywności. Założenie okazało się błędne. Przyrost naturalny w Europie zaczął spadać, a w koloniach wcale nie powstały większe skupiska przybyszy ze Starego Kontynentu. Mamy pewne wyjątki – na przykład Algierię podbitą przez Francuzów – ale już w brytyjskich koloniach było inaczej. Na początku XX w. Indie zamieszkiwało ponad 290 mln ludności, z czego tylko 170 tys. to Europejczycy.

Kolonializm wynikał też z myślenia, które wartościowało kultury na świecie, niekoniecznie w wersji rasistowskiej. Europa w XIX w. była przekonana, że stworzyła najdoskonalszy model funkcjonowania państwa oraz społeczeństwa i w związku z tym ma moralny obowiązek przenieść swoje rozwiązania w inne rejony świata. Kierując się tego rodzaju poczuciem wyższości, europejskie elity polityczne dążyły do przejęcia odpowiedzialności za losy tych obszarów, które traktowano jako niżej stojące pod względem rozwoju cywilizacyjnego.

Nie sprawdziło się również trzecie założenie – że kolonializm przyniesie wielki sukces w wymiarze materialnym, bo powstaną nie tylko źródła surowców, lecz także nowe rynki zbytu. Tymczasem rzeczywistość – zwłaszcza w koloniach niemieckich – nie przyniosła takich profitów, jakich się spodziewano. Inwestycje, choćby budowa portów lub dróg, pochłaniały znaczne nakłady, zyski przychodziły po latach. Mit o ogromnych korzyściach ukuli po latach marksiści... Polska lat 20. i 30. XX w. nie mogła się „załapać” na kolonializm XIX-wieczny nawet z jego – jak pan mówi – „romantyczną” otoczką.

Wszelako korzenie naszych marzeń kolonialnych tkwią w wyprawie Stefana Szolc-Rogozińskiego do Kamerunu w końcu XIX w., którą traktował jako misję narodową i wielką romantyczną przygodę. Wspierali go Prus i Sienkiewicz. Książę Leon Sapieha – zanim założył w sercu Afryki plantacje kawy i herbaty – ruszył tam w 1928 r. wiedziony chęcią zdobycia trofeów myśliwskich. Nie był jedyny...

Tak zwany polski kolonializm nie miał jednak tradycji sięgających głębiej w przeszłość...

... może poza lennikiem Rzeczypospolitej, księciem kurlandzkim Jakubem Kettlerem i jego próbą założenia w połowie XVII w. kolonii w Gambii.

Można też przywołać próby utworzenia floty na przełomie wieków XVI i XVII lub bitwę pod Oliwą (1627), ale jest faktem, że Polska pozostawała przez wieki mentalnie krajem lądowym. Dopiero po odzyskaniu niepodległości w XX w. oraz skromnego – ale jednak – dostępu do morza trzeba było pokazać młodym Polakom szansę, jaką są i to państwo, i morze, i podróże w daleki świat wraz z niebezpieczeństwami, z którymi trzeba się zmierzyć. Przykładem stał się niewątpliwie Mariusz Zaruski, pokonujący trudności, przed jakimi człowiek staje najpierw w Tatrach, a potem właśnie na morzu. Stał się żeglarzem oraz twórcą Ligi Morskiej i Rzecznej w latach 20. To jednak nie ma nic wspólnego z kolonializmem rozumianym jako zajęcie i zagospodarowanie jakiegoś odległego terytorium.

Ukazywały się jednak wtedy emocjonujące relacje Arkadego Fiedlera, między innymi z Madagaskaru, a jego podróże nieprzypadkowo wspierał polski rząd. Z porywających wspomnień Karola Borchardta wiemy z kolei, jak wielki entuzjazm wywoływało wśród młodzieży otwarcie Polski na morze, port w Gdyni, pierwsze jednostki pod polską banderą, rejsy „Daru Pomorza” i transatlantyków z MS „Piłsudskim” na czele. Odbija się tam stan ducha społeczeństwa, z którego niemal milion osób przystąpiło w końcu lat 30. do Ligi Morskiej i Kolonialnej.


Istotnie, zaszczepiono zainteresowanie morzem, uświadomiono znaczenie morza. Chodziło o to, aby Polaków z nim oswoić, choć zdawano sobie sprawę z tego, jak znikoma jest nasza flota – nie tylko wojenna, lecz także handlowa. Wprawdzie powstała książka o polityce morskiej Józefa Becka, ale takiej polityki w istocie nie było. Natomiast zainteresowanie społeczne ogromnie wzrosło, co w latach 30. przejawiło się w zebraniu przez Polaków – zubożonych kryzysem! – sumy potrzebnej na zakup okrętu podwodnego Orzeł. Pomijając to, czy taki okręt był rzeczywiście potrzebny – tak jak i w ogóle rozbudowa floty wojennej – ów zakup miał znaczenie symboliczne. Tysiąc czołgów, dajmy na to, nie wywołałoby takiej hojności, ale na okręt, obronę polskiego Wybrzeża, naszego prawa do morza, proszę bardzo, uzbierano potrzebną kwotę!

Jak wiadomo, w latach 20. istniał (bezsensowny z militarnego punktu widzenia) plan posiadania dużej floty z pancernikami i krążownikami. W efekcie kupiliśmy tylko od Francuzów archaiczny krążownik pancernopokładowy D’Entrecasteaux, skonstruowany zresztą specjalnie do służby w koloniach, który pod nazwą ORP „Bałtyk” stał w porcie na Oksywiu jako hulk szkolny. Flota i posiadanie kolonii odpowiadało mniemaniu znacznej części rodaków o mocarstwowej pozycji Polski. Czy mniemali tak również rządzący Polską? O ile dążenia Ligi Morskiej i Kolonialnej do posiadania kolonii były wynikiem – oficjalnych i nieoficjalnych – wielkomocarstwowych działań rządu?

To był świadomy koncept rządu, na który wielu ludzi dało się „nabrać”. Chodziło o coś zupełnie innego. Polscy politycy nie byli idiotami, jak twierdzą dziś niektórzy publicyści. Oni po prostu prowadzili grę na arenie międzynarodowej. Skąd w tej grze wziął się kolonializm? Trzeba rozdzielić sferę propagandową, wzbudzanie w społeczeństwie dumy z osiągnięć i możliwości własnego państwa od osiągania konkretnych celów politycznych. Dlatego Beck i inni politycy, którzy zdawali sobie sprawę z tego, że posiadanie kolonii jest mrzonką, jednocześnie nagłaśniali tę kwestię, demonstrując innym państwom – przede wszystkim Niemcom – że jesteśmy dla nich równorzędnymi partnerami. Pamiętajmy, że Hitler żądał zwrotu kolonii utraconych przez Niemcy w wyniku I wojny światowej. Nie był to wcale istotny cel jego polityki, ale dowodził w ten sposób, że Niemcom wyrządzono krzywdę, którą trzeba wynagrodzić. Polska podnosiła zaś sprawę kolonii, aby zaistnieć w polityce światowej, aby pokazać, że jest liczącym się jej elementem, podmiotem w ewentualnych rokowaniach w sprawie nowego podziału kolonialnego.

Pamiętajmy, że już w okresie rozmów wersalskich Polacy wysuwali – w ramach reparacji wojennych – roszczenia do 10. części kolonii niemieckich. Bezskutecznie. W latach 30. Beck, śladem Józefa Piłsudskiego, starał się, aby Polska miała pozycję państwa, któremu nie można dyktować warunków. Hasła kolonialne uprzedzały wystąpienia niemieckie w sprawie kolonii. Nie kryła się jednak za tym rzeczywista chęć posiadania kolonii, zwłaszcza że zdawano sobie sprawę z perypetii, jakie by to zrodziło. Zresztą Liga Narodów wyznaczyła kierunek dekolonizacyjny, a system mandatowy, który objął przede wszystkim dawne posiadłości imperium tureckiego na Bliskim Wschodzie, był tego najlepszym dowodem. Debata nad nowym podziałem kolonialnym toczyła się trochę „na niby”, stawała się jedynie dowodem prestiżu państw biorących w niej udział. Sceptyczny stosunek polskiego ministra spraw zagranicznych do całego zagadnienia oddawało ironiczne stwierdzenie Becka, że „polskie kolonie zaczynają już się w Rembertowie”.

W Brazylii i Argentynie rzeczywiście osiedlali się – także w okresie międzywojennym – przybysze z Polski. Pojawiały się szumne zapowiedzi polskiego osadnictwa w Liberii, Kamerunie i na Madagaskarze, a nawet przygotowania do nich. Brała w tym udział wspierana przez rząd Liga Morska i Kolonialna. Czy to nie akcja kolonizacyjna?

Istnieje zasadnicza różnica między kolonializmem a osadnictwem. Powstawanie kolonii było wynikiem polityki imperialnej, natomiast emigracja niewielkich grup osadników, chłopów przede wszystkim, stanowiła wynik nadmiaru rąk do pracy w rolnictwie. Liga była przykrywką do działań rządu, który chciał rozładować przeludnienie wsi. Ma pan rację, zwracając uwagę na zaangażowanie czynników rządowych, przede wszystkim w osobie gen. Gustawa Orlicza-Dreszera, od 1930 r. prezesa Zarządu Głównego Ligi Morskiej i Kolonialnej, aż do jego tragicznej śmierci w katastrofie lotniczej sześć lat później.Charakterystyczne, że w 1935 r. mówił on w Krakowie o Polsce jako kraju ogromnych kontrastów, kraju biednym, w którym elity pozwalają znacznej części społeczeństwa głodować, a jednocześnie głoszą, że jesteśmy mocarstwem. Ze sprawą nędzy trzeba coś zrobić, a nie jest to tylko kwestia chłopska, lecz także żydowska – podkreślał Orlicz- Dreszer.


Król Belgii Leopold II wymordował 8 mln ludzi w prywatnym państwie

Istotnie, około 5 mln biedoty chłopskiej nie znajdowało zatrudnienia, przy czym ani spauperyzowana ludność wiejska, ani żydowska z małomiasteczkowych sztetli i zwartych dzielnic wielkich miast nie były przygotowane do pracy czy to w urzędach, czy w fabrykach. Zresztą miasta były zapełnione, a przemysł – mimo takich przedsięwzięć rządowych jak Centralny Okręg Przemysłowy – też nie byłby w stanie wchłonąć tak wielkiej masy ludzi. Rodził się też konflikt na tle etnicznym, bo bezrobotni Polacy nie znajdowali pracy w handlu, rzemiośle i usługach zdominowanych przez żywioł żydowski. Trzeba zaś pamiętać, że w ogromnej większości Żydzi w Polsce – w przeciwieństwie do zachodniej Europy, gdzie dawno wtopili się w miejscowe społeczności – stanowili grupę odrębną, niezasymilowaną, o obyczajach tkwiących w ciekawej skądinąd, ale archaicznej kulturze religijnej sprzed wieków. Nie istniał realny projekt produktywizacji tych ludzi na miejscu. Jedynym konkretnym programem strony żydowskiej był syjonizm, idea powrotu do Palestyny i budowy tam nowego państwa żydowskiego.

A więc – wyjazd. Na program syjonistyczny nakładał się w jakiejś mierze polski program „kolonialny”. Niezależnie od strony ideowej i politycznej oba programy zmierzały bowiem do zmniejszenia nadmiaru rąk do pracy.

W tym też celu propagowano osadnictwo na Madagaskarze. Czy ta akcja była popularna wśród Żydów?

Cóż, Żydzi w swoich poglądach na możliwość emigracji byli zróżnicowani. Hasło „Żydzi na Madagaskar!” stało się szybko symbolem prymitywizmu polskich antysemitów i zaczęło oznaczać po prostu: „Wynoście się!”. Natomiast w pewnej mierze korespondowało ono z hasłami ruchu syjonistycznego z jego XIX-wiecznych początków, które zakładały przez krótki czas budowę państwa dla Żydów niekoniecznie na Bliskim Wschodzie. Idea powrotu na Bliski Wschód stała się bardziej realistyczna dopiero po zapowiedziach brytyjskich z 1917 r. o utworzeniu w Palestynie żydowskiej siedziby narodowej. Chociaż po zakończeniu I wojny Brytyjczycy wycofali się rychło ze swoich obietnic i zaczęli przeciwdziałać migracji żydowskiej, w okresie międzywojennym napłynęło na teren brytyjskiego mandatu w Palestynie kilkaset tysięcy Żydów – głównie ze wschodu Europy, w tym wielu z Polski. Wyjazdy organizowały organizacje syjonistyczne, a sprzyjał im polski rząd. Starano się wywierać presję na Wielką Brytanię, aby ułatwiała imigrację – i tu władze RP szły ręka w rękę z syjonistami – ale bezskutecznie.


Żydowscy komandosi z II RP

Wtedy wrócono do pomysłu wyjazdów na Madagaskar – przypominano nawet eskapady Maurycego Beniowskiego z XVIII w. – badano miejscowe warunki, otrzymano zachęty ze strony władz francuskich, ale w efekcie nic z tego nie wyszło. Trzeba też pamiętać, że znaczące środowiska żydowskie – w tym socjalistyczny Bund – sprzeciwiały się wyjazdom Żydów, dążąc do rozwiązania ich problemów społecznych i politycznych na miejscu, w Polsce. Innych pomysłów na zorganizowanie masowych wyjazdów Żydów nie było. Nie zrealizowano też zresztą żadnego większego programu emigracji chłopskiej.

Właśnie, jaką skalę miały wyjazdy do Ameryki Południowej?

Niewielką. To były wyjazdy grup liczących po kilkadziesiąt rodzin. Trafiały one w Argentynie i w Brazylii na bardzo trudne warunki klimatyczne i przyrodnicze, o których nasi chłopi nie mieli przed wyjazdem pojęcia. Choć przetrwało parę osad rolniczych – takich jak Wanda i Jagoda – to o żadnych koloniach w znaczeniu dużych, zwartych terenów osiedlenia mowy być nie może. Oraz w ogóle o polskim „kolonializmie”. Jego po prostu nie było.

Andrzej Chojnowski jest profesorem w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie kieruje Zakładem Historii XX Wieku. Wchodzi w skład Rady Naukowej „Polskiego słownika biograficznego”, należy do Stowarzyszenia Wolnego Słowa. Był przewodniczącym Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej, a obecnie jest członkiem Rady IPN. Wydał między innymi „Koncepcje polityki narodowościowej rządów polskich w latach 1921–1939” oraz „Piłsudczycy u władzy. Dzieje Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem”.

Next Article
©2019 Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie&Polityka prywatności | Skontaktuj się z nami | Mapa strony