Aktualna lokalizacja:Strona główna»Opinie»Ciało

Ogrodzenie na Placu Piłsudskiego

W październiku minister infrastruktury zdecydował o przekazaniu zarządu placu wojewodzie – czyli rządowi – od miasta. Ledwie kilka dni temu wojewoda poinformował, że zarząd przejął. Błyskawicznie wygrodzono na placu spory obszar, na którym zaczęto budować pomnik ofiar katastrofy pod Smoleńskiem.

Suche fakty są takie, że – po pierwsze – przejęcie placu zostało przez miasto oprotestowane. Ratusz twierdzi, że złamano przy tym prawo. Czy tak było w istocie, być może będzie musiał zdecydować sąd administracyjny. Po drugie – politycy PiS, komentując decyzję ministra Adamczyka, ani razu nie wspominali o budowie pomnika w tamtym miejscu. Jedynym wyjaśnieniem było, że konieczne jest usprawnienie przebiegu uroczystości państwowych – cokolwiek miałoby to oznaczać. Oszukiwali? Nie wiedzieli? Nie wiadomo. Po trzecie – projekt pomnika został wybrany w konkursie, rozstrzygniętym w październiku, czyli wtedy, gdy minister decydował o przekazaniu placu w zarząd wojewody (przypadek?). Nie był jednak nigdzie szerzej ogłaszany, nie odbyła się żadna publiczna debata na jego temat. Po czwarte – Hanna Gronkiewicz-Waltz za punkt honoru postawiła sobie niedopuszczenie do wybudowania pomnika ofiar katastrofy gdziekolwiek na zarządzanym przez siebie terenie. Proponowana jakiś czas temu lokalizacja na tyłach Placu Piłsudskiego była ewidentnie obliczona na odrzucenie przez zwolenników budowy monumentu – i dokładnie tak się stało. Uznano ją za nie dość prestiżową. Pisałem wówczas, że to błąd i lokalizację należy przyjąć. Być może gdyby tak się stało, dziś napięcie byłoby mniejsze. Ale druga strona miała świadomość, że propozycja ratusza nie jest szczera. Bardzo prawdopodobne, że gdyby najbliższe wybory na prezydenta Warszawy wygrał ktoś z opozycji, nie tylko z PO, przyjąłby tę samą linię.

Katastrofa była najtragiczniejszym zdarzeniem po 1989 roku, ale to, co działo się i nadal dzieje jako jej konsekwencja, jest być może jeszcze smutniejsze. Ofiary zasługiwały i zasługują na trwałe upamiętnienie – nie wdając się w estetyczną ocenę poszczególnych projektów. To upamiętnienie powinno natomiast w jak największym stopniu łączyć, bo przecież w katastrofie nie zginęli jedynie politycy PiS – także Platformy, lewicy oraz wiele postaci życia publicznego o różnych poglądach.

Tymczasem pomnik, budowany na Placu Piłsudskiego, waloru łączącego mieć nie będzie. Oczywiście to również konsekwencja postawy prezydent Warszawy. Można powiedzieć, że udała jej się prowokacja: swoim uporem w sprawie pomnika sprawiła, że PiS w końcu zadziałał w tej sprawie nie tak, jak powinno się działać w delikatnej materii, gdzie w grę wchodzą także prywatne emocje i tragedia całego narodu, ale typowo dla siebie – na rympał, zgodnie z zasadą „mamy większość i możecie nam skoczyć”.

Czy ktokolwiek w kierownictwie partii zastanowił się, jak to działanie zostanie odebrane – nie przez twardy elektorat i usłużnych publicystów, ale przez ludzi, którzy rozumieją, jak wielkie nieszczęście dotknęło nas 10 kwietnia 2010 roku, choć nie muszą wielbić obecnej władzy? Nie sądzę. Sądzę, że Jarosław Kaczyński i jego współpracownicy myślą całkiem inaczej. Podobnie jak Hanna Gronkiewicz-Waltz, oni również nie są zainteresowani budową wokół katastrofy poczucia wspólnoty, wykraczającej poza grupę własnych zwolenników. Tak jak politycy Platformy, mówiąc o wspólnocie, mieli na myśli jedynie „młodych, wykształconych, z dużych ośrodków”, tak politycy PiS, używając tego samego pojęcia, nie uwzględniają w ogóle „tych drugich”. To dwie strony tej samej monety. Tym ostatnim zależy jedynie na wprowadzeniu, choćby na siłę, do przestrzeni publicznej jak najtrwalszego (w sensie całkowicie dosłownym, dlatego akceptacji nie zdobył bardzo ciekawy pomysł pomnika świateł) znaku, wokół którego będzie można nadal budować mit (nie w sensie opowieści zmyślonej, ale fundującej doktrynę i ruch polityczny). Prawdopodobnie politycy PiS wierzą, że takimi działaniami da się zmieniać rzeczywistość, również w sensie sposobu myślenia ludzi. Że symbole narzucane z góry stworzą nową jakość. Taki konstruktywizm bywa groźny. I niemal zawsze jest nieskuteczny.

Lecz znów, z drugiej strony – w tej sprawie zawsze jest jakieś „z drugiej strony” – to przecież dzisiejsza opozycja dobrowolnie wyrzekła się niemal całkowicie udziału w tej pamięci, oddając ją ugrupowaniu Kaczyńskiego. To zaś skwapliwie z okazji skorzystało, do obsługi sprawy delegując Antoniego Macierewicza, który zbudował na tym własny obóz. Przy okazji skutecznie zniechęcił do poszukiwania prawdy osoby spoza kręgu twardych zwolenników poprzez swe liczne sensacyjne deklaracje bez pokrycia czy ściąganie do pracy nad sprawą ludzi takich jak prof. Berczyński („to ja wykończyłem caracale”) czy Jacek Rońda (ten, który w ramach „żartu” powołał się w TVP rzekome dokumenty rzekomo kupione na straganie).

Zawsze byłem zdania, że na Krakowskim Przedmieściu powinno się znaleźć miejsce dla smoleńskiego pomnika. Patrząc dzisiaj na ogrodzenie na Placu Piłsudskiego, nie jestem w stanie się cieszyć. To ogrodzenie jest symboliczne – nikomu nie zależy, żeby je zburzyć. Pomnik i plac staną się elementem terytorium jednej Polski, druga Polska będzie na nie spoglądać z wciąż podsycaną nienawiścią. Jednym i drugim to pasuje, a z klinczu nie ma dobrego wyjścia – a na pewno nie w logice plemiennej. Gubi się sens wspólnoty, gubi się zwykła, ludzka pamięć o ofiarach, połączonych przecież jednym losem we wspólnej podróży do miejsca ważnego dla naszej historii.

Pesymistycznie? Owszem, realizm oznacza dzisiaj pesymizm.

Next Article
©2019 Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie&Polityka prywatności | Skontaktuj się z nami | Mapa strony