Aktualna lokalizacja:Strona główna»Historia»Ciało

Spadkobiercy Jana z Gishali

W walce z Niemcami ginęły całe oddziały żydowskich bojowników. Przez to nie zachowała się pamięć o wielu ich dowódcach- pisze w 12. numerze Do Rzeczy historyk IPN Marek Gałęzowski.

-Wspominając heroiczny zryw polskich Żydów w getcie warszawskim wiosną 1943 r., przywołuje się zwykle nazwisko Mordechaja Anielewicza, przed wojną jednego z przywódców młodzieżowej lewicowej organizacji syjonistycznej Ha-Szomer ha-Cair (tzw. szomrów), a w czasie okupacji niemieckiej komendanta Żydowskiej Organizacji Bojowej, która rozpoczęła powstanie.

Znaczenie działalności Anielewcza, używającego pseudonimu Malachi (Aniołek), polegało nie tyle na kierowaniu ŻOB podczas powstania 1943 r., ile przede wszystkim na wezwaniu rok wcześniej do zbrojnego przeciwstawienia się Zagładzie. Wraz z grupą przyjaciół stworzył organizację, która miała pokierować walką. Byli wśród nich m.in. Marek Edelman, Michał Klepfisz (pośmiertnie odznaczony Orderem Virtuti Militari za męstwo w powstaniu), Arie Wilner, Cywia Lubetkin. Był i „Antek” – Icchak Cukierman, który po upadku powstania i śmierci Anielewicza został komendantem ŻOB, podtrzymując sztandar walki Żydów

z Niemcami do końca wojny. (...)

Historia znacznie gorzej obeszła się z Żydowskim Związkiem Wojskowym, wywodzącym się z prawicowej organizacji Betar. Pozostawał on długo w cieniu ŻOB, głównie dlatego, że niemal wszyscy żołnierze związku zginęli w czasie wojny. Wpłynęły na to również niechęć kombatantów ŻOB i wola upamiętnienia przez nich przede wszystkim czynu własnej organizacji. Jak niejasne są dzieje ŻZW, pokazuje przykład mjr. Dawida Apfelbauma, przez wiele lat uchodzącego w różnych publikacjach

za komendanta tej organizacji. Nikt jednak nie sprawdził, czy w wojsku polskim był oficer o takich personaliach, nikt nie potrafił też podać jakiegokolwiek faktu z jego życia. Wiadomo tylko, że z całą pewnością nie był przedwojennym oficerem. Nie można wykluczyć, że mógł być właścicielem przedwojennej firmy futrzarskiej i galanteryjnej Dom Mody przy ulicy Marszałkowskiej 125. I to wszystko, co możemy o nim powiedzieć.

Polski i żydowski sztandar

W rzeczywistości komendantem ŻZW był Paweł Frenkel. Ale i o nim wiadomo niewiele.

„Nie znamy daty i miejsca jego urodzenia, środowiska, z jakiego się wywodził, szkół, w których się kształcił. Nie zachował się żaden dokument potwierdzający jego istnienie...” – pisał znawca historii ŻZW Dariusz Libionka (który w swojej znakomitej książce ujawnił liczne dotychczasowe kłamstwa na temat dziejów tej organizacji).

Najpewniej przed wojną Frenkel był związany z organizacją Betar. Wiadomo, że był młody, przystojny, podobno studiował w Warszawie. Ale już opis zalet jego charakteru i zdolności przywódczych, pojawiający się w nielicznych relacjach, do złudzenia przypomina dzieła średniowiecznych dziejopisów – często kwieciście opisywali oni przymioty i osiągnięcia postaci, której nie chcieli pominąć, ale o której jednocześnie

niemal nic nie wiedzieli.

Na czoło ŻZW Frenkel wysunął się dopiero w ostatnich miesiącach 1942 r. Bez powodzenia usiłował się porozumieć z ŻOB – spotkanie z Cukiermanem i Edelmanem zakończyło się awanturą, a według Edelmana nawet strzelaniną. Niemniej 19 kwietnia 1943 r. jedni i drudzy wspólnie stanęli do walki. Tego dnia przy placu Muranowskim załopotały dwa sztandary – polski oraz żydowski – prawdopodobnie nakazał je wywiesić komendant ŻZW. Przez następne trzy dni kierował walką „o każde piętro, każdy pokój, każdy cal klatki schodowej”. Gdy większość jego ludzi zginęła, z nielicznymi przedostał się poza mury getta. Ukryli się w mieszkaniu przy ulicy Grzybowskiej, ale Niemcy wkrótce

ich znaleźli. Frenkel i kilku jego ostatnich żołnierzy zginęli w walce. Tak niestety – jak pisał

z żalem Libionka – „Paweł Frenkel znikł z tej historii w równie tajemniczy sposób jak się

pojawił”. Niemniej to jemu należy się miejsce w panteonie bohaterów najnowszej historii Polaków i Żydów jako przywódcy wojskowej organizacji, która w walce z Niemcami reprezentowała żydowską prawicę. Tak jak „Aniołek” i „Antek” z ŻOB, tak i Paweł Frenkel był godnym następcą Jana z Gishali, bohatera obrony Jerozolimy przed Rzymianami 20 wieków wcześniej.

Całość artykułu w najnowszym numerze Do Rzeczy.

Next Article
©2019 Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie&Polityka prywatności | Skontaktuj się z nami | Mapa strony