Aktualna lokalizacja:Strona główna»Temat tygodnia»Ciało

Marta Kaczyńska dla „Do Rzeczy”: ojciec wierzył w wygraną

Uznałam, że jestem wszystkim winna opowieść o tym, jacy naprawdę byli Maria i Lech Kaczyńscy. Przez wiele lat ich wizerunek był tak wykoślawiany, tak fałszowany, że musiałam zabrać głos – mówi w rozmowie z Piotrem Goćkiem Marta Kaczyńska. Do księgarń trafiła właśnie książka „Moi rodzice” – wywiad rzeka z córką Lecha i Marii Kaczyńskich. W „Do Rzeczy” córka nieżyjącej pary prezydenckiej wyjaśnia, dlaczego powstała ta książka. I przyznaje, że do dziś nie pogodziła się ze stratą rodziców. Nigdy się nie pogodzę z tym, że straciłam rodziców w takich okolicznościach. Jednak jestem osobą wierzącą, człowiek pewne rzeczy musi po prostu zaakceptować (…) Myślę, że tego życzyliby sobie rodzice, tego wymagają ode mnie moje córki – mówi w rozmowie z „Do Rzeczy”. Zdradza też, że w 2010 r. Lech Kaczyński był gotowy do rozpoczęcia kampanii prezydenckiej.

A nie był typem człowieka, który się poddawał. Mimo bezprecedensowo nierzetelnego podejścia większości mediów do jego osoby, chciał kandydować w kolejnych wyborach i chciał wygrać, by konsekwentnie realizować swój plan dla Polski. Zresztą wiem o sondażach, które pokazywały, że szanse na wygraną były – mówi Kaczyńska. Zdradza też niektóre domowe tajemnice. Wspomina również matkę. Mama zawsze, niezależnie od sytuacji, widziała światełko w tunelu. I miała takie podejście do ludzi, że zawsze starała się w nich widzieć te dobre cechy. Zawsze starała się zakładać dobrą wolę drugiego człowieka – opowiada. Wywiad z Martą Kaczyńską – w nowym „Do Rzeczy”.

Na łamach „Do Rzeczy” również o tym, że miniona kampania wyborcza nie okazała się aż tak emocjonująca, jak to się mogło wydawać, zanim rozkręciła się na dobre. Jeszcze kilka miesięcy przed rozpoczęciem kampanii wyborczej do PE część komentatorów zakładała, że będzie ona brutalna, a politycy wykorzystają zbierane na siebie haki – pisze Wojciech Wybranowski. Jednak ostatecznie „kwitów” i „wrzutek” medialnych pojawiło się bardzo niewiele. – Chociaż pojawiły się pewne elementy kampanii negatywnej, było bardzo spokojnie. Być może dlatego, że politycy uważają eurowybory za mało istotne i oszczędzają siły na te samorządowe oraz parlamentarne – mówi tygodnikowi „Do Rzeczy” dr Sergiusz Trzeciak, specjalista ds. marketingu politycznego. Zdaniem politologa dr. Rafała Chwedoruka, nieliczne „wrzutki”, m.in. te o rzekomych niemieckich pieniądzach PO i premiera Tuska, a także o pożyczkach i oświadczeniu majątkowym Jarosława Kaczyńskiego, były takie jak cała kampania – nijakie, trafiające głównie do zadeklarowanych przeciwników atakowanych kandydatów i niedające szans na pozyskanie nowych głosów. O chwytach marketingowych w kampanii wyborczej do Europarlamentu w „Do Rzeczy” pisze Wojciech Wybranowski.

W „Do Rzeczy” także dwugłos Rafała Ziemkiewicza i Piotra Semki na temat Władimira Putina. Kiedyś ukuto hasło: „Better red than dead”. Teraz mamy: „Lepszy Putin niż gender”. Można jednak odrzucać utopie obyczajowe i nie akceptować rosyjskiego despotyzmu – pisze Semka. I wspomina, jak kilka miesięcy temu wraz z grupą polskich i niemieckich dziennikarzy uczestniczył w spotkaniu z Artiomem Malginem, członkiem polsko-rosyjskiej komisji do spraw trudnych.

Rosyjski gospodarz rozwodził się m.in. nad kulturowymi podobieństwami obu narodów. W Rosji i w Polsce większość ludzi myśli podobnie. Szanujemy chrześcijański charakter naszej kultury i jesteśmy przeciw mechanicznemu narzucaniu wzorców obyczajowych z Zachodu. Mamy podobne poglądy na wagę patriotyzmu i rolę Kościoła w życiu publicznym – wyliczał. Po wyjściu z gabinetu Malgina zacząłem się zastanawiać, czy nie usłyszałem przypadkiem oferty, jaką ktoś na Kremlu wymyślił dla polskiej prawicy – pisze Semka. I dodaje, że Rosja nauczyła swoich sąsiadów, aby byli wyczuleni na długoletnie strategie Kremla. Teraz konserwatywne gesty Rosji sygnalizują nowy trend w uzyskiwaniu wpływów w Europie i w Polsce. W okresie międzywojennym ówczesny Związek Sowiecki fascynował część lewicowej inteligencji swoją rzekomą postępowością i nowoczesnością. Po wojnie marksista Tadeusz Kroński marzył o tym, by wybić Polakom z głowy zacofanie, choćby kolbami sowieckich karabinów. A co, jeśli teraz ktoś uzna, że zatrzymanie zmian obyczajowych atakujących z Zachodu warte jest przymknięcia oka na wielkoruski szowinizm? – pyta Semka.

A odpowiada mu Rafał Ziemkiewicz, który przypomina, że straszenie „skrajną prawicą”, „antyeuropejskim populizmem” czy „radykalnym nacjonalizmem” ma w europejskiej, a więc także polskiej debacie publicznej długą tradycję. Jednak ostatnio katalog oskarżeń miotanych przez lewicę i media na ruchy występujące przeciwko establishmentowi oraz kontestujące euroideologię wzbogacił się o jeszcze jedno, dość zaskakujące: „skrajna prawica” to rusofile i agentura Putina! – pisze Ziemkiewicz. I podkreśla, że we Francji przecież to nie „skrajna prawica” sprzedaje Putinowi nowoczesne okręty desantowe i szkoli jego marynarzy, to nie Front Narodowy blokuje wszelkie wykraczające poza jałowe gadanie próby wywarcia na Kreml nacisku, by szanował międzynarodowe normy prawne i obyczaje. Robi to wszystko obecny francuski establishment, na wskroś lewicowy, ten, przeciwko któremu wyborcy Frontu Narodowego się buntują. A w Niemczech to nie przedstawiciel „populistycznej” i „antyeuropejskiej” partii Alternatywa dla Niemiec (AfD) obściskiwał się z Putinem w czasie, gdy rzekomi „separatyści” przetrzymywali na Ukrainie zakładników z misji OBWE i nie jej polityk zdecydował o wejściu Niemiec w ewidentnie wymierzony przeciwko nowym krajom Unii Europejskiej projekt gazociągu poprowadzonego po dnie Bałtyku. To akurat przypadło w udziale uznanej SPD. Tę listę można by wydłużyć, podając przykłady z kolejnych krajów. Rosja oplotła Unię Europejską siecią powiązań, często o charakterze korupcyjnym, oraz obstawiła ją agentami wpływu, bynajmniej nie poprzez żadnych ekstremistów i radykałów, ale poprzez lewicujące elity – pisze Ziemkiewicz. Dwugłos na temat rosyjskiego kuszenia prawicy – w nowym „Do Rzeczy”.

Na łamach „Do Rzeczy” także Tomasz Terlikowski pisze o nowym prymasie Polski. Arcybiskup Wojciech Polak stoi przed niezwykle trudnym zadaniem. Jeśli chce, by tytuł prymasa miał jeszcze w Polsce znaczenie, to musi wypracować nowy model sprawowania tej posługi – pisze publicysta „Do Rzeczy”. I zwraca uwagę, że nominacja bp. Wojciecha Polaka na metropolitę gnieźnieńskiego stanowi zerwanie z trwającym od kilkunastu już lat modelem obsadzania najważniejszych stolic biskupich hierarchami z dużym dorobkiem (często z Watykanu), ale jednocześnie w wieku mocno już przedemerytalnym. Teraz najmłodszy obecnie, bo 50-letni, prymas w Europie musi więc zmierzyć się z potężnym wyzwaniem historycznym i sprostać wymogom, jakie stawiają przed nim jego Poprzednicy – pisze Terlikowski, przypominając jednak, że Stefan Wyszyński był w momencie obejmowania urzędu prymasa o dwa lata młodszy, August Hlond miał 44 lata, a kard. Edmund Dalbor – 46 lat. Poza wiekiem jednak te postaci „młodych” prymasów łączy także ogrom zadań, z jakimi musieli się uporać. Jakie wyzwania czekają nowego prymasa Polski – w nowym „Do Rzeczy”.

Nowy numer „Do Rzeczy” w sprzedaży od poniedziałku, 26 maja 2014. E-wydanie jest dostępne już od niedzieli wieczorem u dystrybutorów prasy elektronicznej.

Next Article
©2019 Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie&Polityka prywatności | Skontaktuj się z nami | Mapa strony