Aktualna lokalizacja:Strona główna»Opinie»Ciało

Pogromcy faszyzmu

Od tegorocznego Marszu Niepodległości minął już niemal miesiąc. Miesiąc, podczas którego byliśmy świadkami totalnego kuriozum, festiwalu rzadko spotykanej aberracji. Jak powszechnie wiadomo na rzeczonym Marszu pojawiły się transparenty rasistowskie, podobno można było nawet usłyszeć okrzyki „sieg heil”, a dzień po manifestacji rzecznik Młodzieży Wszechpolskiej w rozmowie z DoRzeczy.pl określił się mianem orędownika „separatyzmu rasowego” (aczkolwiek nawet tenże „separatysta” – jakkolwiek jest to średnim pocieszeniem po jego wcześniejszych słowach – odciął się i potępił rasizm i nazistowskie pozdrowienia).

Media wpadły w histerię, politycy wpadli w histerię, telewizyjni eksperci (będący zazwyczaj ekspertami od wszystkiego) wpadli w histerię. Jednakże skala „afery” przeszła chyba nawet ich oczekiwania, bo o to Jesse Lehrich, były rzecznik do spraw międzynarodowych Hillary Clinton, kandydatki na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych, najważniejszego stanowiska politycznego na świecie, pisze, że „60 tysięcy nazistów przemaszerowało ulicami Warszawy”, w podobnym tonie wypowiada się Guy Verhofstadt, a zaledwie kilka dni później niezawodny Jan Tomasz Gross popełnia artykuł na łamach portalu New York Timesa, w którym stara się udowodnić rzekomo nierozerwalny związek antysemityzmu z polskością.

Faszystowskie słodkości

Można by przypuszczać, że sprawa zacznie się stopniowo wyciszać, jak to miało miejsce przy manifestacjach odbywających się w poprzednich latach, gdy po kilku dniach telewizyjnej grozy nastoje zaczynały się uspokajać. Tym razem było jednak inaczej. „Medialny antyfaszyzmu” nie tylko nie cichnie, ale wydaje się, że wręcz przeciwnie – zyskuje na sile. Być może skoro opozycji oraz zaprzyjaźnionych z nią mediom nie udało się przekonać Polaków do obalenia obecnej władzy za pomocą argumentów o gospodarczej katastrofie, wyprowadzaniu Polski z Europy oraz zagrożeniu praworządności, to może przynajmniej podziała brunatny straszak.

Po potępieńczych komentarzach „Zachodu” karuzela ponurego absurdu zatacza kolejne koło, gdy nagle to Grzegorz Schetyna przerażony poziomem nienawiści manifestantów domaga się dymisji rządu. Mówi to szef tej samej partii, za której rządów dochodziło do najbardziej kontrowersyjnych „incydentów”, przy których dzisiejszy marsz wydają się być pogodnym piknikiem. Zauważmy na marginesie, że odkąd tylko partia przewodniczącego Schetyny straciła władzę, to wredni manifestanci z czystej i wrodzonej złośliwości przestali doprowadzać do „incydentów”.

Nie ma znaczenia, że to nie były „tysiące” ludzi, tylko pojedyncze grupy, nie ma znaczenia, że polskie władze natychmiast skrytykowały te incydenty, nie ma znaczenia, że sami organizatorzy marszu (ot choćby w postaci Robert Winnickiego, Krzysztofa Bosaka czy Tomasza Kalinowskiego) jednoznacznie je potępili, nie ma znaczenia, że rzecznik Młodzieży Wszechpolskiej za słowa o „separatyzmie” w ekspresowym tempie stracił stanowisko. Nie, Warszawą przeszły masy rasistów przy, jak czytamy na oficjalnym profilu PO na Twitterze, „cichej aprobacie” partii rządzącej.

W ostatnich dniach granica wszelkiego absurdu została przekroczona dwukrotnie. Najpierw gdy delegalizację ONR zapowiedziała wiceminister kultury Magdalena Gawin, a następnie, gdy wicedyrektorka Placówki Opiekuńczo-Wychowawczej w Białymstoku straciła pracę za to, że przyjęła od lokalnego ugrupowania ONR-u… paczkę ze słodyczami przeznaczoną dla dzieci... Brunatne cukierki w demoliberalnej Europie nie przejdą. Jak to ujął ironicznie profesor Bartyzel, „lepiej umrzeć, niż żyć z faszyzmem w gębie”. Monty Python wiecznie żywy.

Hipokryzja bohaterów

Zupełnie skandaliczny jest ton narracji wyznaczony przez szereg komentatorów, zgodnie z którym samo uczestnictwo w Marszu, czy nawet sympatyzowanie z jego ideą, robi z człowieka propagatora rasizmu. Takiemu myśleniu dała wyraz choćby dziennikarka „Gazety Wyborczej”, pani Dominika Wielowieyska, pisząc, że „każdy, kto wychwala i promuje marsz narodowców, popiera rasizm”.

Zastosujmy w ramach ćwiczenia intelektualnego tę konstrukcję pani Wielowieyskiej do środowiska, z którego się ona sama wywodzi. Czy zatem uczestnictwo w marszach Komitetu Obrony Demokracji skutkuje apologią PRL-u? Wszak jego dawni urzędnicy nader licznie stawiali się na tych manifestacjach. Jak się ma to do środowisk post-pezetperowskich, które tyleż razy mogły liczyć na wsparcie kolegów pani Wielowieyskiej? Albo naczelny „alimenciarz”, który był tak promowana na łamach „Gazety”. Rozumiem, że jej dziennikarze i czytelnicy utożsamiają się właśnie z tą częścią jego „dziedzictwa”?

A cóż z Unią Europejską? Tą, do której z takim utęsknieniem wyglądają krytycy uczestników Marszu? Czy akceptują wersję dziejów prezentowaną przez Dom Historii Europejskiej? Czy dla nich np. Józef Piłsudski był faszystowskim dyktatorem stojącym w jednej linii z Mussolinim i Hitlerem, a Karol Marks, ojciec komunizmu – najbardziej zbrodniczej ideologii w dziejach – duchowym ojcem Europy?

Czy bohaterscy pogromcy faszyzmu akceptują choćby sytuację do jakiej doszło w Belgii w 2000 roku, gdy wydano serię znaczków z największymi postaciami XX w., w ramach której na jednym z tychże znaczków znalazł się Lenin? Co czołowi przeciwnicy rasizmu sądzą o pomniku króla Leopolda odpowiadającego za jedno z największych ludobójstw w historii? Pomnikiem – dodajmy – stojącym dumnie w centrum Brukseli? Akceptują taką politykę? Jeżeli samo sympatyzowanie z Marszem czyni z kogoś propagatora rasizmu, to czyż tym bardziej nie czyni nas rasistami akceptacja takich działań Unii?

Różnica między przykładami podanymi powyżej a rasistowskimi transparentami na MarszuNiepodległości polega na tym, że te pierwsze, o których tak skrzętnie milczą największe autorytety lewicy, były inicjowane i nadzorowane przez oficjalne organy Unii Europejskiej bądź państw członkowskich, podczas gdy incydenty z idiotycznymi transparentami były nieuzgodnione z organizatorami manifestacji (nie mówiąc o władzach polskich) i miały incydentalny charakter, nie wyrażały idei stowarzyszenia organizującego Marsz i zostały potępione przez bodaj wszystkie środowiska od prawa do lewa na polskiej scenie politycznej, podczas gdy wspomnianych działań organów unijnych jawnie chwalących zbrodniarzy komunistycznych, polska lewica do dzisiaj nie chce oprotestować. Potwierdzają się słowa Pawła Lisickiego, który nie tak dawno wskazywał, że istnieje rasizm „lepszy i gorszy”.

Faszyści, rasiści i zwykli idioci

W dyskursie medialno-politycznym uwagę ponadto zwraca absolutna dowolność w zamiennym używaniu takich terminów jak „faszyzm”, „nazizm” czy „rasizm”. Ta swoboda przy wykorzystywaniu tych pojęć mogłaby nawet doprowadzić kogoś do wysnucia wniosku, że nasze media, politycy oraz „eksperci od wszystkiego” nie do końca orientują się w znaczeniu tych terminów. Jakkolwiek wiemy, że jest to niemożliwe, to warto zaznaczyć, że nie są to pojęcia tożsame. Np. polityka mocarstw kolonialnych w XIX wieku była wybitnie rasistowska, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie określał choćby działań Imperium Brytyjskiego za panowania królowej Wiktorii mianem proto-nazistowskich.

Polityka danego państwa może być jawnie rasistowska, nie będąc jednocześnie w żaden sposób powiązana z niemieckim narodowym socjalizmem. Podobnie rzecz ma się z faszyzmem, który wszak nie jest ideą sprowadzalną do postulatu prześladowania Żydów, czy zamawiania „pięciu piw”, jakby tego sobie życzyli zawodowi tropiciele totalitaryzmu.

Jeżeli zatem byśmy chcieli poszukać jakiegoś rdzenia faszystowskiej doktryny, to musielibyśmy zwrócić się do twórcy tejże idei, Benito Mussoliniego, który wyraził jej istotę słowami „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu” – musielibyśmy zwrócić się do idei nowoczesnej statolatrii, czyli omnipotentnego państwa, które nie zniesie żadnej autonomii w swoich granicach. I jakkolwiek echo tej idei faktycznie może pobrzmiewać w niektórych postulatach co radykalniejszych organizacji (ot choćby w ONR-owskiej deklaracji, zgodnie z którą dla stworzenia miejsc pracy „opodatkujemy wielki kapitał i znacjonalizujemy rozkradziony poprzez tzw. prywatyzację majątek narodowy”), to nie jestem pewien czy unijni dygnitarze i ich tubylczy reprezentanci chcieliby iść koniecznie tą drogą.

Zbyt dokładna interpretacja zjawiska faszyzmu (ot na przykład przeprowadzona w duchu – wszak ultraliberalnego myśliciela – Lwa Rockwella) mogłaby nawet najbardziej postępowym z postępowych demoliberałów przysporzyć sporej migreny oraz dysonansu poznawczego.

Zatem nawet jeżeli margines uczestników Marszu ma rasistowskie poglądy, to nie musi ich to czynić faszystami (i vice versa). Ponadto wybitnie niefortunne wydaje się używanie samego terminu „nazizm” w stosunku do uczestników polskich manifestacji z tego prostego powodu, że hitlerowska ideologia narodowego socjalizmu była stricte niemiecka. Mówienie o polskich nazistach ma mniej więcej tyle sensu, co mówienie o niemieckiej neosanacji, albo brytyjskiej neoendecji (oczywiście, teoretycznie możliwe jest, że w Pakistanie, Szkocji czy Izraelu powstanie grupka „modląca się” do Hitlera – albo Piłsudskiego, albo Dmowskiego itp. – ale ze względu na brak bazy społecznej dla swojego ruchu będzie stanowiła… no właśnie – margines marginesu, podobny do tego jaki reprezentują w Polsce ponoć tzw. „Szturmowcy”).

Ktoś głoszący faszyzm nie musi być rasistą, natomiast ktoś propagujący rasizm nie musi być nazistą. Z kolei osoba głosząca „separatyzm rasowy” może być zwykłym idiotą. Te wszystkie terminy stosowane bez żadnego odniesienia do faktów, historii i teorii polityki, służą jedynie „grzaniu” elektoratu. Totalna hiperbolizacja pojęć sprawia wyłącznie, że ostrzeżenia przed „faszyzacją Polski” zaczynają brzmieć komicznie zamiast dramatycznie. Przed tą groteską przestrzegał w latach 40. XX w.(!) George Orwell, wskazując, że pojęcie faszyzmu jest tak notorycznie nadużywane, że praktycznie straciło już jakiekolwiek znaczenie.

Powyższy artykuł wyraża osobiste poglądy autora i nie odzwierciedla stanowiska redakcji.

Next Article
©2019 Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie&Polityka prywatności | Skontaktuj się z nami | Mapa strony