Aktualna lokalizacja:Strona główna»Historia»Ciało

Pożyteczny idiota. Kłamstwa Waltera Duranty'ego

Uroczysty bankiet zgromadził 1,5 tys. gości. Czołowych przedstawicieli ówczesnej amerykańskiej elity. Okazja była bowiem niezwykła – Stany Zjednoczone nawiązały pełne relacje dyplomatyczne ze Związkiem Sowieckim. A co za tym idzie – oficjalnie uznały „pierwszą na świecie socjalistyczną republikę robotników i chłopów”. Entuzjazm zgromadzonych był olbrzymi.

Gdy na podwyższenie wchodzili kolejni amerykańscy i sowieccy dygnitarze – na czele z szefem czerwonej dyplomacji Maksimem Litwinowem – sala grzmiała od oklasków. Największe, najgłośniejsze brawa zebrał jednak kto inny. Niepozorny, łysiejący człowieczek w szarym garniturze. Wyraźnie kulał na jedną nogę.

Zebrani zgotowali mu długą owację na stojąco, a on uśmiechał się tylko skromnie i słał na wszystkie strony ukłony. Był to Walter Duranty. Najsławniejszy i najbardziej wpływowy amerykański dziennikarz tamtej epoki. Obsypany nagrodami i zaszczytami wieloletni korespondent „New York Timesa” w Moskwie. Człowiek, z którego zdaniem liczyli się najmożniejsi i najpotężniejsi.

A w rzeczywistości – zwykła ludzka szmata.

Wielki głód był jednym z najbardziej potwornych aktów ludobójstwa w dziejach ludzkości. Bolszewicy w latach 1932–1933 wywołali klęskę głodu, która pochłonęła kilka milionów ofiar. Głównie na Ukrainie, ale również na Kaukazie, w Kazachstanie czy na żyznych terenach południowej Rosji.

Zachowane do dziś dokumenty i relacje świadków jeżą włosy na głowie. Wyłania się z nich zapis gehenny, która przekracza wszelkie granice ludzkiej wyobraźni. Sowieccy chłopi, których reżim obrabował z wszelkich zapasów żywności, szybko zamienili się w słaniające się na nogach zombie.

Przerażająco wychudzeni, z obłędem w oczach zjadali myszy, wiewiórki, koty. Trawę, korzonki i korę z drzew. A gdy tego zabrało, zrozpaczeni, doprowadzeni do ostateczności ludzie zaczęli pożerać się nawzajem. Matki zjadały własne niemowlęta, mężowie zjadali żony, bracia zjadali siostry…

Wszystko odbyło się po sowiecku, po cichu…Świat odwrócił wzrok. Było to zasługą pożytecznych idiotów, czyli zachodnich lewicowych intelektualistów zakochanych w Związku Sowieckim i zachodzących w nim „wiekopomnych przemianach”. A także polityków, którzy nie chcieli drażnić sowieckiego niedźwiedzia i woleli obłudnie udawać, że nie wiedzą o piekle rozgrywającym się na Ukrainie. To właśnie oni – możni tego świata – pomogli w zatuszowaniu zbrodni.

Chyba największą rolę w tym bezeceństwie odegrał Walter Duranty. Był to amerykański dziennikarz urodzony w Wielkiej Brytanii. Do Moskwy przybył już w roku 1922, a stolicę Związku Sowieckiego opuścił w roku 1936. To szmat czasu, którego Duranty nie zmarnował.

Obozy koncentracyjne GUŁagu były według niego „rodzajem wspólnot kolonistów amerykańskich w Wirginii”, a osadzeni w nich więźniowie… „cieszą się stosunkową wolnością”. Amerykański korespondent twierdził, że zesłani na Syberię kułacy za pracę przy wyrębie tajgi otrzymują… 150 dol. miesięcznie i żyją w świetnych warunkach.

„Tym samym stał się bardzo pożyteczny dla reżimu – pisze Anne Applebaum w swojej nowej książce »Wielki Głód« – który dbał, by wygodnie mu się w Moskwie żyło. Miał duże mieszkanie, samochód i kochankę, najlepsze kontakty, a nawet przeprowadził (i to dwukrotnie) pożądany przez wszystkich wywiad ze Stalinem”.

Next Article
©2019 Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie&Polityka prywatności | Skontaktuj się z nami | Mapa strony