Aktualna lokalizacja:Strona główna»Opinie»Ciało

Wypadek Beaty Szydło, czyli upadek państwowego instynktu

1. W kraju, gdzie przynajmniej klasa polityczna przejawia podstawowy instynkt państwowy (wśród ludzi zawsze będą istniały ekstrema), podbramkowa sytuacja z udziałem wysokiej rangi urzędnika państwowego wywołuje w pierwszym odruchu reakcję troski i każe pokazać, że mimo politycznych różnic państwo jako całość jest na pierwszym miejscu. Nie jest ważne, czy premierem jest w takiej sytuacji Beata Szydło, Donald Tusk, Jarosław Kaczyński czy Ewa Kopacz. Nieważne, czy głową państwa jest Andrzej Duda czy Bronisław Komorowski. Ważne, że mówimy o szefie polskiego rządu albo głowie polskiego państwa, której groziło niebezpieczeństwo.

Oczywiste jest, że w którymś momencie taka sytuacja może być powodem do krytyki ze strony opozycji. W końcu za sposób zabezpieczenia wysokich funkcjonariuszy odpowiada aktualna władza, więc nie sposób oczekiwać od opozycji, że nie wykorzysta całkowicie nadarzającej się okazji. Ale można to zrobić rzeczowo, bez chamowatych i złośliwych przytyków, i dopiero w drugiej kolejności.

Miarą zdziczenia politycznego obyczaju jest, że reakcje normalne, takie jak byłego premiera Leszka Millera na Twitterze, urastają do rangi wyjątkowego wyczynu, bo opozycja i powiązane z nią osoby publiczne zajmują się kolportowaniem złośliwych memów albo od pierwszej minuty zaczynają polityczną ofensywę.

2. Skrajnie cyniczna jest ze strony opozycji próba wmanewrowania kierowcy z Oświęcimia w polityczną awanturę. Temu człowiekowi potrzebny jest dyskretny i profesjonalny prawnik, który należycie będzie chronić jego interesy, a nie banda opozycyjnych sępów z Borysem Budką na czele, która zrobi sobie z niego bohatera lub męczennika – w zależności od zapotrzebowania – wyciśnie do imentu, a następnie zostawi samego sobie. Widziałem w polityce dziesiątki tysięcy cynicznych zagrań, bo taka po prostu polityka jest, ale wykorzystywanie trudnej sytuacji przypadkowej osoby do własnej gry jest zwyczajnie obrzydliwe. Opozycja robi młodemu człowiekowi krzywdę, wprzęgając go do swoich politycznych wojenek. Siłą rzeczy z wypadku, gdzie należałoby w zimny i profesjonalny sposób dochodzić przyczyn, robi kolejny etap politycznej batalii, kierowcę z Oświęcimia ustawiając od razu jako wroga władzy. To z całą pewnością nie leży w jego interesie. Gdybym miał mu coś doradzać, na jego miejscu czym prędzej złożyłbym oświadczenie, że żadna pomoc ze strony opozycji go nie interesuje, a sprawa nie ma politycznego kontekstu.

3. Z ochroną polskich VIP-ów jest coś zdecydowanie nie tak. Od początku objęcia rządów PiS mieliśmy groźny wypadek prezydenckiego samochodu, wypadek kolumny z Beatą Szydło w czasie wizyty w Izraelu, wypadek kolumny Antoniego Macierewicza (tu działała żandarmeria, nie BOR) i niemożliwy do wytłumaczenia wspólny lot polskich oficjeli jednym samolotem z Londynu do Warszawy. Nie wiadomo, o ilu mniejszego kalibru sprawach nie wiemy. Nie chodzi o to, żeby wokół polskich VIP-ów urósł ruchomy mur – jestem przeciwnikiem rozbijania się po Polsce rządowych kolumn złożonych z 20 aut na sygnale. Ale tu mówimy o, jak się zdaje, podstawowych standardach. W przypadku wypadku samochodu prezydenta wciąż nie znamy dokładnego przebiegu wypadków, ale z fragmentarycznych informacji napływających z prokuratury wiemy, że na 90 procent były to skandaliczne niedbalstwo i niefrasobliwość, w oparciu o tradycyjną polską dewizę „jakoś to będzie”.

W przypadku wypadku w Oświęcimiu mieliśmy być może do czynienia z nieuwagą przypadkowego kierowcy, ale zadziwia, że przypadkowy samochód jest w stanie faktycznie zepchnąć z drogi limuzynę szefowej rządu. Samochód – powtarzam – przypadkowy. A gdyby samochód przypadkowy nie był?

Jest też kompletnie niepojęte, że rządowe pojazdy nie są wyposażone w monitoring w postaci kamer i czarnych skrzynek, który pozwoliłby w ciągu godziny sprawdzić, co działo się w czasie przejazdu, z jaką prędkością poruszały się auta, czy miały włączone sygnały świetlne i dźwiękowe.

4. Zadziwia postawa szefa MSWiA Mariusza Błaszczaka. Od ministra, który odpowiedzialny jest między innymi za Biuro Ochrony Rządu, oczekiwałbym na konferencji prasowej na drugi dzień po wypadku rzeczowego odniesienia się do wątpliwości, dotyczących profesjonalizmu funkcjonariuszy BOR, zwięzłego poinformowania o stanie dochodzenia oraz o tym, jakie dalsze kroki zostaną podjęte, aby polscy urzędnicy byli należycie ochraniani. Zamiast tego dostaliśmy chaotyczną i emocjonalną tyradę o złej opozycji, o internetowym hejcie i rytualne zrzucanie winy na poprzedników, zwłaszcza gdy idzie o stan BOR. Na tle rozgorączkowanego ministra jak prawdziwy profesjonalista wypadł komendant główny policji Jarosław Szymczyk.

Mariusz Błaszczak, mam wrażenie, jednak trochę z nas kpi, twierdząc, że wszystkie dziwne sytuacje wokół działań BOR półtora roku po przejęciu władzy przez PiS są wciąż winą poprzedników. Półtora roku to aż nadto, żeby zreformować elitarną służbę, liczącą sobie raptem około 2 tysięcy funkcjonariuszy. To, co się dziś dzieje, jest w większości konsekwencją zaniedbań już obecnej, nie minionej władzy.

5. Problem z zabezpieczeniem wysokich urzędników jest problemem państwa jako całości, a nie tej czy innej partii. Dziś BOR nie radzi sobie z bezpiecznym przewiezieniem Andrzeja Dudy i Beaty Szydło – jutro nie poradzi sobie z ochronieniem Donalda Tuska, Grzegorza Schetyny czy Pawła Kukiza. Przypominam kolejny raz mądre przysłowie: dłużej klasztora niż przeora. Ale żeby zobaczyć problem w należytej, dłuższej perspektywie, trzeba zrezygnować z wygodnej partyjniackiej perspektywy i wyjść z okopów coraz szkodliwszej wojenki, podkopującej państwo. Do tego niestety, jak widać na załączonym obrazku, żadna ze stron nie jest zdolna.

Next Article
©2019 Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie&Polityka prywatności | Skontaktuj się z nami | Mapa strony